Z wizytą u Envera Hodży. (Bunk’Art)

Tirana nie należy do stolic, które mają wiele do zaoferowania turystom. W jednym z najbliższych wpisów umieszczę całościowe podsumowanie dotyczące najważniejszych miejsc i atrakcji w największym mieście Albanii – i postaram się dowieść, że jedno popołudnie może w zupełności wystarczyć (co nie znaczy, że trzeba bukować nocleg jedynie na jedną noc. Okolice są naprawdę piękne, ale nie będę ciągnąć samego siebie za język – szczegóły wkrótce!).

Tragiczną sytuację wydaje się nieco ratować inicjatywa uruchomiona w 2014 roku, nazwana Bunk’Art – jak łatwo rozszyfrować łącząca ze sobą jeden z najbardziej rozpowszechnionych symboli Albanii oraz walory artystyczne, które nowe muzeum ma promować. Odbywają się tam bowiem raz na jakiś czas różnego rodzaju konferencje, wystawy, pokazy oraz dyskusje, które są cennym elementem życia kulturalnego Tirany, które – powiem otwarcie – leży i kwiczy. W pokomunistycznym bunkrze wybudowanym i oddanym do użytku w latach siedemdziesiątych zwiedzającym udostępniono obszerną wystawę dotyczącą historii Albanii. Tak, to nie jest tylko muzeum komunizmu. Wystawa dotyczy – okupacji faszystowskich Włoch w latach 1939-1943, działaniom podczas II wojny światowej, czasom powojennym (1945-1947) i wreszcie komunizmowi.

20180810_133326

20180810_132411

Na powyższych fotografiach – plenerowa „sala” kinowa oraz wejście do pierwszego Bunk’Artu.

****

Dwa lata później Albańczycy poszli za ciosem i w ścisłym centrum nieopodal licznych największych atrakcji miasta otworzyli Bunk’Art 2 – drugie muzeum historyczne poświęcone historii Albanii – wystawa porusza następujące tematy – działania żandarmerii i służb mundurowych w latach 1912-1939, funkcjonowanie policji podczas okupacji faszystowskiej oraz działania milicji i służb specjalnych w czasach komunistycznych.

20180708_174049.jpg

Wejście do Bunk’Artu 2

****

To tytułem wstępu… Teraz czas na meritum – odpowiem Wam na podstawowe pytania:

  1. Czy ta inicjatywa jest potrzebna? Zdecydowanie tak. Z kilku względów – po pierwsze – historia Albanii dla obcokrajowców jest dość tajemnicza i to muzeum może pomóc w jej zrozumieniu, po drugie – Tirana potrzebowała miejsca, które z czystym sumieniem można polecić turystom, po trzecie – inicjatywy kulturalne mogą „rozruszać” miasto, w którym nie ma żadnego kina studyjnego, teatry można policzyć na palcach jednej ręki, a główną rozrywką dla mieszkańców jest picie kawy i rakiji, po czwarte – mam raczej sceptyczny stosunek do tzw. polityki historycznej, ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że społeczeństwo powinno znać przeszłość, gdyż niekiedy może ona czegoś nauczyć. Katastrofalne błędy XX wieku i działalność zbrodniczych reżimów nie ominęły Albanii –   nazizm (w najmniejszym stopniu, zresztą chociażby funkcjonowanie albańskich dywizji SS zostały niestety przez Bunk’Art przemilczane), faszyzm oraz komunizm odcisnęły ogromne piętno na Albańczykach.
  2. Czy warto – będąc w Tiranie – zwiedzić muzea? Nie zbiedniejecie. Wstęp do jednego muzeum kosztuje 500 leków (niewiele ponad 4 euro). Muzea są bardzo ciekawe, ale nie ma chyba sensu zwiedzać obu. Bunk’Art 1 jest położony poza centrum, przy parku narodowym Dajti (opiszę to miejsce wkrótce), więc jeśli macie go w programie, to możecie odwiedzić „jedynkę” przy okazji. Bunk’Art 2 jest – jak już napisałem – w centrum, więc będzie dobrą opcją przy jednodniowym wypadzie. Każde z muzeów zwiedza się około 1,5 godziny. Wewnątrz (zwłaszcza w „jedynce”) jest chłodno, więc latem zmarzluchom radzę wziąć koszulę lub bluzę.
  3. Czy Bunk’Art jako muzeum historyczne ma sens? Nie mam pojęcia dlaczego zdecydowano się umieścić wystawę dotyczącą monarchii oraz okupacji faszystowskiej w bunkrze wybudowanym przez komunistów, ale jeśli się na to zdecydowano, to raczej pomyślałbym o rozdzieleniu ekspozycji, tak aby jeden bunkier zajmował się wyłącznie komunizmem, a drugi wcześniejszymi latami. Niestety nie zdecydowano się na taki ruch, przez co ma się wrażenie, że oba Bunk’Arty się „dublują”.
  4. Jak tam dojechać? Bunk’Art 1 – pomarańczowy autobus z Placu Skenderbega (ścisłe centrum) w kierunku Kinostudio – końcowy przystanek (cena biletu: 40 leków). Bunk’Art 2 znajduje się obok wieży zegarowej i meczetu Ethem Beja.

    Jeżeli więc chcecie się dowiedzieć dlaczego na lotnisku w Tiranie konieczna była wizyta u fryzjera, jakie były sposoby władzy na podsłuchiwanie obywateli, jak wyglądał pokój Envera Hodży, w którym spędzał dnie i noce w obawie przed atakiem nuklearnym, jak żyli Albańczycy w okresie komunizmu, a także chcecie odczuć na własnej skórze jak wyglądało przesłuchanie wrogów reżimu – koniecznie odwiedźcie tę miejscówkę.

 

 

Reklamy

Z wizytą w Kukës

Przed dwoma tygodniami odwiedziłem, wraz z moimi współlokatorkami Kukës – miasto położone w północno-wschodniej Albanii, korzystając z gościnności trójki polskich wolontariuszy – Agnieszki, Asi i Karola (za co serdecznie im dziękuję!). Dopiero teraz zebrałem się, aby napisać parę słów o tym miejscu. Niestety wszechobecne tutaj lenistwo wpłynęło na moje i tak dostatecznie już leniwe usposobienie – w każdym razie lepiej późno niż wcale.

Właściwie nie wiem jak zacząć ten tekst (nie żeby spędzało mi to sen z powiek), ponieważ to miejsce jest absolutnie wyjątkowe i – wydawałoby się – unikalne. To znaczy malkontent mógłby powiedzieć: „przecież architektura Kukës to szaro-bura posthodżowska rzeczywistość”. Albo „toż to zadupie wypiździejewo prowincja”. Miasto może kojarzyć się nieco kibicom piłkarskim, ponieważ swoją siedzibę ma tutaj wyróżniający się w (co prawda mało prestiżowych) rozgrywkach albańskiej ekstraklasy i regularnie grający w europejskich pucharach. Tylko, że FK Kukësi swoje międzynarodowe spotkania rozgrywa w Szkodrze, ponieważ ich stadion według wymogów europejskich mógłby co najwyżej gościć Puchar Proboszcza. Jednak poza kibicami to urokliwe miejsce jest nieznane i nieodwiedzane przez turystów. Do tego stopnia nieodwiedzane, że oficjalny profil miasta na Instagramie wyszukało (prawdopodobnie za pomocą hasztagów) moje zdjęcie i z dumą umieściło je na ścianie (ścianie? tak to się chyba mówi?).

View this post on Instagram

Turistat vizitojnë turizmin e Kukësit!

A post shared by © Faqja Zyrtare e Kukesit ® (@kukesi.jone.official) on

Pisałem o tym, że Kukës jest unikalne? No, jest. Otóż to urokliwe jezioro (Fierza), które możecie podziwiać na fotografii powyżej jest tak naprawdę sztucznym zbiornikiem wodnym powstałym w 1978 roku. Pod nim z kolei znajduje się „albańska Atlantyda” – czyli stare Kukës, które zostało doszczętnie zatopione. Wydawałoby się, że takie jezioro mogłoby być wykorzystywane w turystyce – nadaje się nie tylko do organizacji spływów kajakowych, wynajmu łódek, „plażingu”, ale także organizacji wypraw nurkowych i podziwianiu podwodnych ruin. Nie trzeba skończyć studiów z turystyki i rekreacji, aby dojść do wniosku, że już sam zbiornik czyni Kukës miastem atrakcyjnym dla odwiedzających. Miasto jednak nic z tym nie robi, zapewne na szkodę własną i mieszkańców.

Inną ciekawostką są ruiny dawnego hotelu dla dygnitarzy partyjnych, który został spalony po upadku komunizmu. Miejsce absolutnie magiczne – z ostatniego piętra można podziwiać szczyty gór Korab, panoramę miasta oraz jezioro. Ktoś postanowił spalić ten pięknie położony budynek – zapewne w geście protestu przeciwko słusznie minionej epoce, natomiast szkoda, że zamieszanie związane z kwestiami własnościowymi nie pozwala na przywrócenie świetności temu miejscu.

 

20180721_160917.jpg

Widok z hotelu

*****

20180721_160200(0).jpg

Droga do hotelu

*****

20180721_160812.jpg

Infrastruktura w Albanii się rozwija

*****

20180721_160732.jpg

Hotel niestety w opłakanym stanie

*****

20180721_160909.jpg

*****

Była niedziela, drugi i niestety ostatni dzień pobytu w Kukës. Byliśmy nieco zmęczeni trudami poprzedniej nocy, jednak specjalnie dla nas – dzięki protekcji polskich wolontariuszy – otworzono nam muzeum, które składa się z dwóch części – poświęconej przyrodzie występującej w okolicach miasta oraz etnograficznej. Ekspozycja była w miarę interesująca – powiem szczerze: to muzeum w tradycyjnym stylu, staniki nie fruwają jak w przypadku zwiedzania chociażby Muzeum Powstania Warszawskiego, ale można było się czegoś nowego dowiedzieć, także czas nie był zmarnowany. Pracownicy bardzo się przyłożyli, ponieważ przysłali przewodnika oraz tłumacza, który swoją naprawdę świetną angielszczyzną skrupulatnie objaśniał detale przywoływane przez postawnego muzealnika (nasza wizyta także została odnotowana na portalach społecznościowych – oficjalnym profilu facebookowym muzeum).

Na koniec wdrapaliśmy się na wieżę, w której znajdowała się ekspozycja poświęcona albańskim uchodźcom z Kosowa, którzy zostali przyjęci przez mieszkańców miasta podczas trwania konfliktu z Jugosławią. Wydarzenie to zaowocowało nominowaniem miasta do Pokojowej Nagrody Nobla.

20180722_142648

*****

20180721_192018

Dzięki kompleksowemu oprowadzeniu po mieście mogliśmy zobaczyć sklep połączony z mieszkaniem, w którym Pani może obsługiwać klientom wyglądając z okna.

20180721_191937.jpg20180721_192342.jpg

Podsumowując – z ręką na sercu polecam wizytę w Kukës. Gdy powiecie o swoich planach typowemu Albańczykowi zapewne zapyta Was „czy wszystko w porządku” lub „co tam będziesz robić? Tam nic nie ma”, ewentualnie „Bolec, czy cię pogięło?”, natomiast tam naprawdę jest co robić. Wielbiciele wędrówek górskich znajdą coś dla siebie, fani socrealistycznej zabudowy będą mogli podziwiać architekturę miasta, jezioro też jest niezwykle urokliwe, a wieczorem można wybrać się na pyszną kolację do jednej z knajp dla tubylców połączoną z konsumpcją zimnego piwka.

Zagrożenia i problemy życia codziennego

Na początku chciałbym napisać parę słów o dzielnicy, w której mieszkam. To dosyć nowoczesna część Tirany, jeszcze kilkanaście lat temu na miejscu mojego bloku prawdopodobnie pasły się kozy, dzisiaj jest tu jednak wielkie osiedle.

Jeszcze przed przyjazdem starałem się uzyskać adres, pod którym będę mieszkać przez najbliższy rok swojego życia. Rozmowa z moimi przełożonymi nie przyniosła jednak oczekiwanych rezultatów. Okazało się, że… nie mam adresu. To znaczy – jest klatka schodowa, jest blok, jest nowoczesna winda, ale nie ma adresu. Zresztą nazwy ulic są w ogóle piętą achillesową Albańczyków, ponieważ ilekroć prosiłem o konkretną lokalizację były z tym nie lada problemy. Bo przecież to chyba nie jest problem wysłać link do map Google’a lub po prostu podać nazwę ulicy? W zamian otrzymywałem jednak mgliste objaśnianie, które z całą pewnością nie oszczędziło nikomu czasu. „Rruga Teodor Keko” brzmi przecież znacznie prościej niż „przejdź ulicę aż do murku, tam ujrzysz fabrykę mąki, za nią przejdziesz przez przejście i ujrzysz piekarnię… i tak dalej”

W każdym razie gdy ktokolwiek będzie chciał mnie odwiedzić lub po prostu dowiedzieć się, gdzie mieszkam, powiem – sto metrów od Eko Marketu i nie będzie to wcale oznaką tajemniczości czy skrytości.

20180718_154858.jpg

Wiele się mówi o zagrożeniach czyhających na mieszkańców różnych miast. W Ameryce Południowej lepiej nie wchodzić do faweli, bo można stracić portfel. W Barcelonie czy Lizbonie kieszonkowcy bardzo często „polują” na nieświadomych niczego obcokrajowców. Na Dębcu można dostać w mordę za nic… Z kolei wydaje mi się, że największym wrogiem mieszkańców Albanii są złodzieje włazów do studzienek kanalizacyjnych. Powyższe zdjęcie dokumentuje studzienkę, o której ktoś pomyślał – „może jednak wypadałoby to jakoś zabezpieczyć?”, (estetyka schodzi na dalszy plan), jednak piszący te słowa może zaświadczyć, że wiele włazów takiego zabezpieczenia nie ma i trzeba po prostu patrzeć pod nogi.

(nie będę na tym blogu pochwalać śmiecenia, ale wierzcie mi lub nie – śmieci zrzucane do studzienek kanalizacyjnych zapewne uratowały wiele osób od głębszej penetracji kanałów).

Tak, wpadłem do studzienki…

A propos śmiecenia – dla tych, którzy byli już na Bałkanach nie będzie pewnie niespodzianką, gdy napiszę, że pojęcie recyklingu jest tutaj obce, choć sprawiedliwie trzeba oddać, że gdzieniegdzie można dostrzec kubły. Ale…

20180716_152302.jpg

…ale no w sumie po co, skoro można przyozdobić drzewko.

No dobrze, wróćmy jeszcze do zagrożeń. Hazard… bukmacherka… hazard… bukmacherka… hazard… I w Polsce można spotkać tracących swoje pensje graczy, którzy okupują maszyny z jednorękim bandytą, najczęściej w przeraźliwie smutnych zakątkach jakiegoś osiedlowego sklepu lub budy nazywanej górnolotnie „salonem gier”. Mam wrażenie, że w Albanii hazard wygląda nieco bardziej finezyjnie. To znaczy bez przesady – nie uświadczycie w Yzberisht scen znanych z „Kasyna” Martina Scorsese, natomiast zamiast paskudnych automatów ludzie skupiają się na obstawianiu meczów piłkarskich – na oko mniej więcej połowa kawiarni i piwiarni to jednocześnie filie punktów bukmacherskich. Dodatkowego dreszczyku emocji dodają jeszcze gry towarzyskie – domino, go, tryktrak, w które od rana do nocy grają mieszkańcy. 20180716_152011.jpg

Powyższa fotografia pochodzi ze stałego punktu hazardzistów – między panią sprzedającą warzywa i sznurówki, a panem grillującym na wiór kolby kukurydzy. Jak widać krzesełko, murek i parę kartonów wystarcza do zbudowania prawdziwych emocji. To akurat zdjęcie wykonane w godzinach porannych, ale około godziny dwudziestej pierwszej zmagania są oglądane przez pokaźny tłum i bez stosownej pracy ramion nie sposób jest ujrzeć przebieg pojedynku.

Wstęp

„Albania to był raj/Do którego sił mi było brak” śpiewał zespół Lady Pank w piosence „John Belushi”, dotyczącej słynnego aktora albańskiego pochodzenia. Nie jestem jednak w stanie utożsamiać się z tym tekstem, ponieważ mam mnóstwo sił, energii i optymizmu. Jeśli wszystko bowiem się powiedzie, spędzę w tym kraju najbliższe dwanaście miesięcy mojego życia. I dobrze mi z tym!

Mieszkam w Yzberisht – dzielnicy Tirany, o której opowiem Wam w najbliższym czasie wraz z trzema wolontariuszkami – dwoma Polkami oraz Irlandką, ale wkrótce prawdopodobnie dojedzie kolejny wolontariusz. Dziewczyny pod koniec roku opuszczą Tiranę, a w ich miejsce przyjadą kolejni śmiałkowie.. Jestem wolontariuszem organizacji PVN Albania zajmującej się między innymi organizacją work campów dla dzieci oraz pracą z młodymi ludźmi. Szerzej napiszę o tym wkrótce. Za mną już pierwszy work camp, w którym uczestniczyłem połowicznie, ponieważ dotarłem w połowie, następny jednak już wkrótce, więc będę mógł wykazać się także na polu organizacyjnym.

Mój blog ma na celu przede wszystkim rozprawienie się z mitami na temat Albanii, utworzenie swego rodzaju strony informacyjnej, ale także swego rodzaju pamiątki z mojego pobytu, do której będę mógł wrócić w każdej chwili. W Internecie wiele jest stron dotyczącej kraju Skanderbega, ale większość opisuje ją na zasadzie „Saranda jest piękna, słońce świeci, zjedzcie owoce morza przy brzegu morza, w towarzystwie szumu fal i zapachu morskiej bryzy”. Ja bardziej zapuszczać się będę w miejsca nieodkryte, na przedmieścia, pustkowia, być może opowiem co nieco również o Romach, którym moja organizacja także pomaga.

Spróbuję także opowiedzieć co nieco o społeczeństwie i powalczyć nieco ze stereotypami (choć jeszcze nie wiem z jakim skutkiem).Polakom Albania kojarzy się głównie z mafią, Mercedesami, bunkrami i Popkiem Monsterem. Jeśli ktokolwiek dowie się czegoś nowego o tym kraju, poczuję, że moja pisanina do czegoś się przydała.

Na koniec reklama – ciekawego bloga ze swoich przygód w Kukesi prowadzi trójka Polaków, których miałem przyjemność poznać w zeszłym tygodniu. Jeśli jesteście ciekawi co robią, jak im się żyje, zajrzyjcie na ich bloga: https://przystanekkukes.wordpress.com/.

Pa!

Adam